Skip to content

Dywizjon Ziemi Śląskiej nr 304 – Władysław Kisielewski

Zawsze lubiłem antykwariaty. Odwiedzenie takiego można porównać do przygody z szukaniem skarbów. Czasami z pozoru brzydka i poniszczona okładka może kryć wyjątkowe treści, które zapadną w pamięć. Pewnego dnia, w szeregu szarych regałów i półek dostrzegłem sfatygowaną, niebieską książkę o śląskim dywizjonie 304, sformowanym w Anglii w czasie II Wojny Światowej. A że jej koszt oszacowany był na bagatela 2 zł, szybko stałem się posiadaczem tej powieści.

Nie przypadkowo użyłem słowa powieść we wstępie. Choć autor ustrzega się od tego sformułowania, można odnieść inne odczucia. Biorąc to pod uwagę, chciałbym przewrotnie zacząć od głównej wady tej pozycji. Mianowicie autentyczność przedstawionych wydarzeń należy traktować z przymrużeniem oka, a na pewno nie jako podstawowe źródło wiedzy o walecznych ślązakach. Choć dywizjonowi przypisuje się duże osiągnięcia, nie były aż tak spektakularne, jak opisuje je Pan Kisielewski. Przykładowo, U-97 który miał być pierwszym okrętem zatopionym przez Dywizjon 304, w rzeczywistości został zatopiony przez australijski 459 Sqn RAAF/T w rejonie Libanu w 1943 roku. Również nie wszystkie nazwiska pilotów są prawdziwe. To jednak jest wytłumaczalne, biorąc pod uwagę charakter w jakim została napisana książka.

Pomimo tego mankamentu, lektura okazała się być czystą przyjemnością. Nie raz przechodziły mnie dreszcze, nie raz świętowałem udane akcje, relaksowałem się w messie i w napięciu czekałem na powracające z lotów bojowych załogi. Czytając, czułem się jakbym był tam wtedy obecny. Książka napisana jest lekkim językiem. Łączy w sobie cechy reportażu oraz literatury pięknej. Jako dodatek mamy udostępnione kilka zdjęć związanych z Dywizjonem oraz mały słowniczek wyrazów obcych z języka angielskiego. Ogólnie książkę można by przyrównać do Dywizjonu 303 Arkadego Fiedlera (którą zresztą mam zamiar sobie odświeżyć).

Całokształt podzielony został na kilka segmentów. Akcja nie rozgrywa się jedynie w powietrzu, ale w dużej mierze też na ziemi, wraz z odkryciem rąbka życia osobistego lotników. Co ciekawe, mamy tu do czynienia z pilotami samolotów bombowych. Kilkuosobowa załoga w jednym samolocie, która musiała wykazywać wobec siebie pełne zaufanie i perfekcyjne zgranie, by z sukcesem odbywać powierzone misje oraz cało powracać na lądowisko. To bardzo smaczny kąsek, wyróżniający książkę od opowieści o pilotach myśliwców.

Przez cały czas spędzony podczas czytania książki towarzyszyła mi jednak przygnębiająca myśl. Pomimo ogromnego bohaterstwa, wkładu bojowego w obronę Europy, pomimo długich lat walki, nagroda była bardzo gorzka: zdrada przez sojuszników, którzy oddali Polskę sowietom na konferencji jałtańskiej. Niedawno zmarły Franciszek Kornicki, pilot m.in. 303 Dywizjonu wypowiedział się kiedyś następująco: „Po zakończeniu wojny nikt nas tu już nie chciał (dop. w Anglii). Wielu pilotów miało problemy ze znalezieniem pracy. Nikogo nie obchodziło, co się z nami stanie. Wszystkim było obojętne, czy zostaniemy tutaj, czy wrócimy do kraju, czy pojedziemy jeszcze gdzie indziej.”

Niezwykły stres podczas działań bojowych, tęsknota za ojczyzną, bliskimi. Później cios w plecy od całego świata. Nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić tego, co przeżyli ci ludzie. Ci, którzy walczyli o to, by następne pokolenia (w tym my) mogły być Polakami. Polecam zatem zapoznać się z tą pozycją. Książka jest bardzo przystępna i „chłonie” się ją bardzo szybko. Treści zaś, pomimo tego, że nie do końca zdają egzamin z autentyczności wydarzeń, są według mnie niezwykle cenne.

Published inRecenzjaRefleksje

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.